Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa do 1939. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa do 1939. Pokaż wszystkie posty

sobota, 21 sierpnia 2010

J. Tuwim „Giełdziarze”

Wybiegają obłędnie i w popłochu pędzą,
W nerwowych mózgach skaczą kursa, akcje, czeki,
Mówią do siebie, liczą, biegną, byle prędzej,
Zapinając po drodze pękate swe teki.

Wczoraj kupił za milion, dzisiaj za dwa sprzeda.
Kupi jeszcze- gdzie dostać?- leci – płaci więcej,
Był w cukierni, był w banku, targuje się, nie da,
Liczy, gemacht, wziął, pędzi, sprzedał. Sto tysięcy.

A jutro znów popędzą z giełdy do kawiarni,
Puszczą w ruch bystre oczy i paluchy drżące,
I znów obsiądą stolik jak spiskowcy czarni,
Rzucając krótkie słowa i grube tysiące.

W twarz dadzą sobie napluć za tyle a tyle,
Obetrą gębę ręką, a sumę przeliczą!
Poproś ich o Chrystusa – zapytają: ile?
A gdy zgodzisz się – przyjdą jutro ze zdobyczą!

Gudłaje w drogich futrach, w jedwabnej bieliźnie
Wystrojone szajgece w eleganckich butach,
Chamy, bydło spasione na własnej ojczyźnie,
Którą codziennie w obcych kupczycie walutach!

Haussa, łotry! Na giełdę! Kwadransik szermierki!
Wrzeszczcie! To cały trud wasz, tak hojnie płacony!
Nuże! Z rączki do rączki przerzucać papierki
I leciutko zagarniać krocie i miliony!

A potem – zakąskami zastawiać stoliki!
Żreć, żreć, chlać i używać – wre wściekła robota!
Tłustym, słodkim likierem zapijać indyki
I – „Wina dla orkiestry! – Orkiestra Foxtrotta!”

Złodzieje na wolności! Próżniaki! Parszywce!
Bando rozzuchwalona i niesyta nigdy!
Baczcie! Marki, przepite wieczorem przy dziwce,
Jak proklamacje fruną w mrowie ludzkiej krzywdy.

Wyjdą z okrutnym hymnem podziemni mściciele,
Sto tysięcy ziębnącej i głodnej gołoty,
Rozbiją kasy, podrą spęczniałe portfele
I do gardła wam zaczną pięścią pchać banknoty!

Tutaj nie ma gadania. Tutaj pięści trzeba!
Wyłapać ten sztab czarny, łajdaków gromadę!
Za mordę, do więzienia – na suchy kęs chleba,
Bo do dziś – po cukierniach żłopią czekoladę.

A potem – dać im pracę. Niechaj rąbią drzewo.
Niech z dworca noszą kufry, cięższe od kamieni,
Niech sprzedają gazety w mróz i pod ulewą.
Lub trochę postoją przy warsztacie zgarbieni.

Gdy święty turkot maszyn zadudni im w głowie,
Kiedy pot zrosi czoło, plecy zegnie ucisk.
O życiu wtedy ramię omdlałe im powie
I duszne sale fabryk, i wściekły żar hucisk!

J. Lechoń „Piosenka”

Droga Warszawo mojej młodości,
W której się dla mnie zamykał świat!
Chcę choć na chwila ujrzeć w ciemności
Dobrej przeszłości
Popiół i kwiat.
Zanim mnie owa ciemność pochłonie,
Twoich ogrodów chcę poczuć woń.
Niechaj twych ulic wiatr mnie owionie,
Połóż twe dłonie
Na moją skroń!
Jak kiedyś zapach bzowych gałązek
Wśród kropli rosy i słońca lśnień,
Tak inny z Tobą marzę dziś związek:
Starych Powązek
Głęboki cień.
Marzę, że Ty mi zamkniesz powieki,
Lecz choćbym z ciężkich nie wrócił prób,
Będę Ci wierny, wierny na wieki
Aż po daleki
Wygnańczy grób.

wtorek, 27 lipca 2010

J. Tuwim „Żydek”

Śpiewa na podwórku, tuląc się w łachmany,
Mały, biedny chłopiec, Żydek obłąkany.

Ludzie go wygnali, Bóg pomieszał głowę,
Wieki i wygnanie pomieszały mowę.

Drapie się i tańczy, płacze i zawodzi
O tym, że się zgubił, że po prośbie chodzi.

Pan z pierwszego piętra patrzy na wariata:
Spójrz, mój bracie biedny, na smutnego brata.

Kędy nas zaniosło? Gdzieśmy sie zgubili,
Światu ogromnemu obcy i niemili?

Pan z pierwszego piętra, brat twój opętańczy,
Głową rozpaloną po wszechświecie tańczy.

Pan z pierwszego piętra wyrósł na poetę:
Serce swe, jak grosik, zawinie w gazetę -

I przez okno rzuci, żeby się rozbiło,
Żebyś je podeptał, żeby go nie było!

I pójdziemy potem każdy w swoją stronę
Na wędrówki nasze smutne i szalone.

Nie znajdziemy nigdy ciszy i przystani,
Żydzi śpiewający, Żydzi obłąkani...

M. Hemar „Warszawo moich wspomnień…”

Warszawo moich wspomnień,
Warszawo tamtych lat,
Co tłumem biegną do mnie
Przez dawny Nowy Świat!
I marzeń i uśmiechów,
Piosenek, żartów, kpin
I czarujących grzechów,
I wad, i ślicznych win...
(...)
Warszawo srebrnowiślna,
Od nieba aż do gwiazd
Najbardziej lekkomyślna
Ze wszystkich świata miast!
Niewinna i bezsenna,
Pół - panna i pół - wąż...
Warszawo przedwojenna,
Kocham się w pani wciąż.

Z. Ginczanka „Uwagi krajoznawcze”

Pośród kominów i miast przedziwnych
jedno nad wszystkie przeniosła sława,
w samym bijącym sercu Ojczyzny
wielka i światła stoi Warszawa,

w samym bijącym sercu Warszawy
w samym śródmiejskim sercu stolicy
dzieją się bardzo dziwaczne sprawy
na Marszałkowskiej, głównej ulicy [...]

W samym bijącym sercu Warszawy
(Tam gdzie neony, jony, klaksony)
krokiem niedbałym albo łaskawym
chodzą przeróżne ważne persony -

na zewnątrz ukłon dworny, hrabiowski,
a w głowach świeczka łojowa pełga,
chodzą i noszą po Marszałkowskiej
czarną, zgaszoną prowincję we łbach.

M. Hemar „Piosenki warszawskie”

Piękne były warszawskie panie!
Jakie stroje, jakie malowanie,
Jak umiały się w swych sukniach nosić -
Wzrokiem wzbraniać a ustami prosić -
Och, zalotne, aksamitne, świetne,
w Europejskiej, w Adrii, Cafe-Clubie -
Nogi miały jak łodygi kwietne -
Zatańcz, wypij, pocałuj - ach, lubię! -
Ach, pończoszki z pajęczyny tkane,
Na świat sławne warszawskie pantofle - (...)
"Maj się dziwi - urody twej szkoda!
I po twarzy ciepłym złotem głaska.
Ach, nie żałuj mnie , maju - to moda!
To jest nasza, dumna moda warszawska!

J. Tuwim „O Gazecie warszawskiej”

Dość dużo rozumiem i wiem jak na „wieszcza”,
Lecz jedno wyjaśnić mi proszę:
Dlaczego "Gazeta Warszawska" zamieszcza
Tak dużo żydowskich ogłoszeń?

Dlaczego na wszystkich stronicach "Gazety"
Są Żydzi złodzieje i dranie,
A na osiemnastej - już mają zalety
I w miłej gazetce mieszkanie?

I jaka jest tego ukryta przyczyna,
I co z tego faktu wynika,
Że pismo ogłasza Gelbfisza, Fajncyna
I nawet Szynllera-Szklonika?

Gelbfisza, Fajncyna, Szyllera-Szkolnika,
Bursztyna, Cajtlina i Katza,
I (Żyd!) Dobrzyńskiego, Zyberta, Grosglika -
- To pewno się dobrze opłaca.

I Muszkatblit jest, gdy ktoś chce Muszkatblita,
I Edelman - gdy Edelmana,
Gazetka nie pyta, kto swój, kto zrajlita,
Bo forsa to forsa, prosz' pana.

Wiadomo: non olet, więc olens i volens,
W żydowskiej niewoli cierpiąca,
Gazetka złączyła żydowską niewolę z
Gudłajską miłością pieniądza.

Więc miesza się w głowie: Kozicki z Dobrzyńskim,
A Grosglik i Stroński z Zybertem,
I Gelbfisz z Rybarskim, i Katz z Rembielińskim,
A Szkolnik po prostu z Neuwetem.

Heil Adolf! Pod twoją aryjską opiekę
Oddaję kochanych gelbfiszów,
Neuwert erwache! Juda verrecke!
A giten cześć! Pisz na Berdyczów.

K. I. Gałczyński „Ballada o Aronku”

Posunięcia? Zgoda, lecz przykro,
gdy kiepski posunięć wynik.
Żył sobie Aronek Mikron,
ni Żyd, ni chrześcijan, ni cynik.

Mają - pań wie - sklep na Wielkiej,
"Polonia" - ten z galanterią,
gdzie Aronek sprzedawał szelki,
lecz nie brał szelek na serio;

bo coś mu się śniło po ciemku,
coś niby sława - nie sława,
że w końcu napisze poemko
i cała przeczyta Warszawa.

Wieczorem, jedząc bajgełe,
z uporem b. bohaterskim
myślał: "Tamten był Eiger,
a przecież został Napierskim;

ten był Baumritter, Rozenbaum,
a teraz jest sam Słonimski -
mam: jeszcze jeden! Machonbaum,
a teraz figura: Gałczyński.

Ja też mam serce natchnione
i horyzonty szersze".
Tak sobie myślał Aronek,
myślał i pisał wiersze.

Lecz mu się nie podobały
i we łzach nierzadko moknął,
i darł szpargały w kawały,
i garściami rzucał przez okno.

Aż rzekł mu pewien literat:
- Po cóż te wiersze pań drze?
Niech je pań raczej pozbiera
i wydrukuje w "Skamandrze".

Więc choć to Aronka zawstydza,
idzie Aronek do Grydza.

Wiersz piórem przepisał wiecznem,
podpis położył: Mikrowicz;
boć rękę podadzą serdeczniej
polskiemu poetowi.

Grydz go w redakcji mierzy
okiem złośliwym i gniewnym,
myśli sobie: "Zyd nie Żyd,
jednym słowem niepewny".

- Niech pań się stąd wynoszą! -
krzyknął. - A wiersz do kosza.

Wrócił Aronek na Wielką,
smutny powrócił do domu;
i znowu sprzedawał szelki,
i pisał znów po kryjomu.

Aż rzekł mu pewien literat:
- Po cóż się pań tak głowi?
Niech pań te dzieła pozbiera
i poda Apenszlakowi;

pan Żyd i on jest Żydek,
ja Żyd - my wszyscy Zydki,
pan idzie z fałszywym wstydem
wstydzić się. To wstyd brzydki.

Więc choć Aronka traf szlaka,
idzie do Apenszlaka.

Wiersz piórem przepisał złotem,
przepisał, podpisał: Mikron.
Za chwilę stał przed Pierrotem,
pachnącym jak śledź z ikrą.

Pierrot go mierzył i mierzył
okiem złośliwym i gniewnym,
myślał sobie: "Żyd nie Żyd,
jednym słowem niepewny".

- Nie chcę mieć z panem kłopotu -
syknął. - Wierszyk do zwrotu.

Wrócił na Wielką Aronek
zgnębiony i zrozpaczony
i kupił sobie postronek,
i więcej nie słychać o nim.

J. Tuwim „A w maju…”

A w maju
Zwykłem jeździć, szanowni panowie,
Na przedniej platformie tramwaju!
Miasto na wskroś mnie przeszywa!
Co się tam dzieje w mej głowie:
Pędy, zapędy, ognie, ogniwa,
Wesoło w czubie i w piętach,
A najweselej na skrętach!
Na skrętach - koliście
Zagarniam zachwytem ramienia,
A drzewa w porywie natchnienia
Szaleją wiosenną wonią,
Z radości pęka pąkowie,
Ulice na alarm dzwonią,
Maju, maju! - -
Tak to jadę na przedniej platformie tramwaju,
Wielce szanowni panowie!...

J. Tuwim „Żydzi”

Czarni, chytrzy, brodaci,
Z obłąkanymi oczyma,
W których jest wieczny lęk,
W których jest wieków spuścizna,
Ludzie,
Którzy nie wiedzą, co znaczy ojczyzna,
Bo żyją wszędy,
Tragiczni, nerwowi ludzie,
Przybłędy.

Szwargocą, wiecznie szwargocą
Wymachując długimi rękoma,
Opowiadają sobie jakieś trwożne rzeczy
I uśmiechają się chytrze,
Tajnie posiedli najskrytsze
Z miliarda czarnych, pokracznych literek
Ci chorzy obłąkańcy,
Wybrany Ród człowieczy!
Pomazańcy!

Pogładzą mokre brody
I znowu radzą, radzą...
- Tego na bok odprowadzą,
Tego wołają na stronę,
Trzęsą się... oczy strwożone
Rzucą szybko przed siebie,
Czy ktoś nie słyszy...

Wieki wyryły im na twarzach
Bolesny grymas cierpienia,
Bo noszą w duszy wspomnienia
O murach Jerozolimy,
O jakimś czarnym pogrzebie,
O rykach na cmentarzach...

...Jakaś szatańska Msza,
Jakieś ukryte zbrodnie
(...pod oknami... w piątki... przechodnie...
Goje... zajrzą do okien... Sza! Sza-a-a!)

J. Wittlin „Żołnierz znany”

Szeregowiec Chamuła czy jak ci tam!
Nie dekuj się za tylne szeregi!
Toż ty nie sprezentował broni
na pogrzebie
twego nieznanego kolegi! [...]

O ty Żołnierzu znany, cóż mnie twe
życie obchodzi?
Na milę cuchnie twe zdrowie dziegciem
i potem jak plecak,
Mnie tylko twój trup w mogile upaja
i mile podnieca,
mnie tylko pachnie twa śmierć, którą ci
biorę jak złodziej. [...]

Wara ci, mówię, od barów,
od restauracji i kina!
Z zapoconymi nogami w teatrze
nie właź do loży!
Padnij na wojnie, a wtedy, gdy się
podniesie kurtyna,
Sztukę o tobie zagrają nasi najlepsi
aktorzy [...]

Trzy trumny, trzy trumny otwarto,
Trzema trumnami wzgardzono,
Aż w końcu w trumnie czwartej -
Rychtyk! cię znaleziono.

Dwie matki, dwie siostry, dwie żony
Szły za twą trumną w żałobie,
W honorach cię powieziono
I leżysz w paradnym grobie.

Po wiekach, po wiekach gadania
Zrobili minutę milczenia,
Zmienili bieliznę, ubrania
(Serc się nie zmienia).

K. I. Gałczyński „W Warszawie”

Cały dzień oddaję do reparacji gramofon -
nie mogę wyjść, nie mogę dojść do mechanika;
służąca poszła podniecać się teozoficznie -
trudno! ślicznie!

W każdym razie Żoliborz socjalizm przenika,
to znaczy, że służąca ma czas na kulturę,
a kultura to jest po prostu czas płynący jak muzyka.
Zresztą Marysia wyglądałaby z gramofonem cudacznie,
bo proszę: załóżmy - wyjdzie na ulicę, a tu deszcz padać zacznie
"i z nieba aż do ziemi spuszcza długie smugi
jak..."

Gramofon - 600 zł - człowiek się boi -
i to naprawdę smutne:

taka mała służąca, deszcz i "His Master's Voice"...
Godzina 11.32. Gra katarynka:
tili-duu... toli-duu - smutek.
"Dzwony Kornewilskie".
Cholera z katarynkami!

A Marysia, proszę pani, zajmuje się teozofiami,
zamiast myśleć o sprawach ziemskich...
może to i lepiej: sam zaniosę, zdążę.
Jeszcze by ją napadł Antoni Kociemski,
słynny wąsal żoliborski,
ognisty złodziej gramofonów,
potem by jeszcze zaszła w ciążę
Z objawami choroby morskiej...
(Dużo ciąży w Warszawie... Wojna?)...
Tili- duu... toli -duu...
Lecą confetti tonów,
świecą confetti tonów,
płaczą confetti tonów...
tili... boli...
ti... ty...
Warszawa.

Cały dzień oddaję do reparacji gramofon,
już 13-a. Nie mogę oddać!
ba, nie mogę wstać z tego zawieszonego w niebiosach fotela,
którego gałki w kształcie anielskich twarzyczek,
a w kształcie kobiet leżących poręcze.
Przy telefonie portrety: po twarzy Norwida biega ironiczny słoneczny promyczek,
a Wyspiański ma taką twarz, jakby mówił: - Pan je brzoskwinie, a ja się męczę.

Czas płynie.

Nieruchome i realne są tylko te cztery brzoskwinie.
Cały dzień oddaję do reparacji gramofon -
ale czy to wypada, gdy jestem Jupiter Stator
(czy widział kto Jowisza z gramofonem?),
bożek,
na tronie, z berłem, z orłem, z małą złotą baletnicą, tańczącą mi na dłoni rozpostartej
jak co?
jak morze...
Jestem zbyt bogaty dla tego świata.
Lepiej zostanę gwiazdą nad małym niemieckim miasteczkiem
albo pszczołą, która koło twych uszu lata.

Cały dzień oddaję do reparacji gramofon...
nie mogę...
13-a, 14-a, 15-a, 16-a,
telefon, telefon...

telefon to jest dziecinny płacz tego miasta,
tego dziecka chorego na trwogę.
Warszawianie! i co macie z tych telefonów,
gdy nocą wracacie do nie kochanych domów?
PUSTE RĘCE -
PUSTE RĘCE!
Zupełnie tak jak w mojej piosence.

Cały dzień oddaję do reparacji gramofon.
Już wieczór.
Może wieczorem?

Mechanik mieszka gdzieś na ulicy Suzina...
Suzin, Suzina - kto to jest?
Filareta, filomata?

Wieczór po Żoliborzu jak Wergiliusz z latarką lata...
8 Suzina.
A ja myślałem, że Suzina to jest dziewczyna.

W. Broniewski „Ulica Miła”

Ulicą Miłą nie chodź, moja miła.
Ulica Miła wcale nie jest miła.

Domy, domy, domy surowe,
trzypiętrowe, czteropiętrowe,
idą, suną, ciągną się prosto
napęczniałe bólem i troską.
W każdym domu jazgot i turkot,
błoto, wilgoć, zaduch, gruźlica.
Miła ulica.
Miła ulica.

Na ulicy Miłej jest zakład pogrzebowy,
obok jatka i sklepik z balonem wody sodowej,
naprzeciwko – klinika lalek, naprawa parasoli...
Perspektywa rzeźnickim nożem przecina oczy. To boli.
Jezdnią, po kocich łbach, trąbiąc pędzi pogotowie,
to pod trzynastym powiesił się fryzjer, który miał źle w głowie:
czytał powieści detektywne, chciał zostać aktorem,
wiecznie coś deklamował albo śpiewał piskliwym tenorem,

Moja miła, ty nie wiesz, jak źle
ulicą Miłą błąkać się we mgle,
niosąc bezdomne marzenie i nie napisany wiersz.
No powiedz, miła, czy wiesz?

To nie była dusza fryzjera, to był anioł prawdziwy,
jak z trampoliny wzbił się z ulicznej perspektywy,
leciał na białych skrzydłach i ponad każde podwórko
rzucał bawiącym się dzieciom jedno bialutkie piórko,
dzieci piórka anielskie rączkami chwytały, chwytały,
a wtedy z ciemnego nieba spadł śnieg anielsko biały,
ludzie, ludzie, ludzie wieczorni gorliwie dreptali piechotą,
anioł zniknął, dzieci posmutniały, zostało błoto.

W nocy nad ulicą Miłą – gwiaździsta ospa.
W nocy na ulicy Miłej – rozpacz.
Wiele troski zobaczysz, miła, przechodząc miastem,
ale najwięcej na ulicy Miłej pod numerem trzynastym.

W suterenie pogrzeb.
Niedobrze.
Na parterze
płacze wdowa po fryzjerze.
Na pierwszym piętrze – plajta, komornik. A na drugiem
służąca otruła się ługiem.
Na trzecim piętrze rewizja – mundurowi, tajniacy.
Na czwartym czytają „Kurier Warszawski” - „poszukiwanie pracy”.
Na poddaszu dziewczyna dziecko dwudniowe zabiła.
Miła ulica.
Ulica Miła.

Na ulicy Miłej ani jedno drzewko nie rośnie,
na ulicy Miłej – w maju! - ludzie nie wiedzą o wiośnie,
ale cały rok hula perspektywa łysych gazowych latarni,
łbem waląc w mur cmentarny.

Moja miła, ja tą ulicą nie chodzę,
choćby mi było po drodze.
Nawet kiedy do ciebie się śpieszę,
nie idę ulicą Miłą,
bo kto wie, czy się tam nie powieszę.

J. Tuwim „Pogrzeb prezydenta Narutowicza”

Krzyż mieliście na piersi, a brauning w kieszeni.
Z Bogiem byli w sojuszu, a z mordercą w pakcie,
Wy, w chichocie zastygli, bladzi, przestraszeni,
Chodźcie, głupcy, do okien - i patrzcie! i patrzcie!

Z Belwederu na Zamek, tętnicą Warszawy,
Alejami, Nowym Światem, Krakowskiem Przedmieściem,
Idzie kondukt żałobny, krepowy i krwawy:
Drugi raz Pan Prezydent jest dzisiaj na mieście.

Zimny, sztywny, zakryty chorągwią i kirem,
Jedzie Prezydent Martwy a wielki stokrotnie.
Nie odwracając oczu! Stać i patrzeć, zbiry!
Tak! Za karki was trzeba trzymać przy tym oknie!

Przez serce swe na wylot pogrzebem przeszyta,
Jak Jego pierś kulami, niech widzi stolica
Twarze wasze, zbrodniarze - i niech was przywita
Strasznym krzykiem milczenia żałobna ulica.

J. Liebert „Piosenka do Warszawy”

Warszawo! Ach, któryż to raz
Od murów twoich biegiem precz -
W oddali nikł Zygmunta miecz.
Zamek królewski. Nowy Zjazd...

Po wszystkie czasy klnąc twój bruk,
Twój blichtr i szyk, twój gorzki chleb,
Zmykałem stąd, zachodząc w łeb -
Jakżem choć dzień wytrzymać mógł!

A później - przez Kierbedzia most.
Warszawo! Powracałem znów,
Nieśmiały, pełen tkliwych słów
I jakże czuły na twój głos...

Znajdźcież mi drugi taki gród -
Ten smętny czar, ten senny tłum,
Górnych i durnych pełen dum.
Niezłomnych wad, zabawnych cnót...

Znajdźcież mi drugi taki kąt,
Co tak sam w sobie - z siebie rad,
Ani ogląda się na świat
I mówcie - jakże biec mi stąd?

Coś solą w oku naszych miast.
Warszawo! Kocham nóg twych rytm,
Twój spleen. twój lombardowy kwit,
Co oko piekł niejeden raz...

Twój akcent w uszach moich brzmi
I mimo klątw, krakowskich gróźb -
Kocham twe cuś, i twoje ktuś
I czarujące zawsze ji...

Tu wschodzi laur. zakwita mirt.
Echem rozbrzmiewa wzdłuż i wszerz -
Lechonia żart. Tuwima wiersz
I Boya-mędrca z muzą flirt...

Ani tu Zachód, ani Wschód -
Coś tak, jak gdybyś stanął w drzwiach
Tu krewnych mam - rodzinka, ach!
Forsytow naszych wdzięczny ród...

Tu snobów, czytelniku, wierz.
Królestwo! - o tym wiem coś sam
Pewnego dygnitarza znam
I fabrykanta cukrów też...

Bóg z nimi l Gwiazda twoja trwa
Jasna pośród rodzimych sfer -
Gdzieś jakiś widok jakiś skwer
Jakaś znad Wisły wiotka mgła...

Uliczki wylot pomnik plac
Gdzieś jakiś dom gdzieś jakiś róg.
Na którym dzień bym marzyć mógł.
Czuły - pod bystrym okiem władz...

Ty myśli naszych, naszych serc.
Przeczuwasz dzieje, umiesz treść -
Listopad wesz.. majową wieść!
I duszno tu, tak prawdę rzec...

To pewne - me ma w tobie zdrad,
Ty w oczy nasze patrzysz wprost.
A bruk twój wydać może głos,
Na dźwięk którego Norwid bladł...

O. miasto pierwszych moich leź.
Bladziutkich uczuć - słodkich drzazg,
Anielstwa mego. Bożych łask
I pierwszych burz. i pierwszych klęsk!

Warszawo` Twój dziś słyszę głos.
Gdy z szumem biegnie, rośnie wiew
Pośród huculskich wzgórz i drzew,
Dokąd mnie. nie chcąc, zagnał los...

Or - Ot „Ogród Saski”

Króla Augusta nie wsławił miecz
Ni wielkich czynów blaski,
Ale Warszawie dał piękną rzecz:
Uroczy Ogród Saski.
Tam śnił się młodym miłości sen,
Tam rój dziecięcy hasa,
Więc, gdy wspomnimy na ogród ten,
Nie przeklinajmy Sasa.

Patrzył się taki zgrzybiały dziad
W ognistozłote słońce,
Wspominał werbel rycerskich lat,
Trąbki tryumfem grzmiące.
A z boku czyhał młodziutki żak
Z oczyma płomiennymi,
By z duszą starca wzlatać, jak ptak,
Za orły cesarskimi.

Trawnik w rumiankach plącze się w mgle
I palantowa meta;
W południe mamy zjawiały się
Z ciastkami od Eszteta.
Mażą się bąki, ślą zapach bzy,
Z słońca się ukrop toczy,
Strażak się puszył, a za nim szły
Nianiek i mamek oczy.

A kiedy zapadł wiosenny zmierzch,
Wonny, perlisty rosą,
Zda się, nad starych kasztanów wierzch
Dawne się lata niosą.
Dam rokokowych rozbrzmiewa śmiech
Na złotym piasku alej
I brzmi kaskada dalekich ech:
„Kochaj mnie, pieść i szalej!"

P. Kośmiński „Muzykalność”

Muzykalność – to zaleta,
Z której gród nasz wszędzie znany.
Każde piętro w każdym domu
Ma najmniej trzy… fortepiany.
Tu gra ciocia – tam gra synek,
Tu ktoś syczy gamę całą,
Tutaj panna tak drze gardło,
Jakby w… krzyżu ją bolało.
Na poddaszu na puzonie
Pan z orkiestry się doucza,
Obok skrzypek na swej wioli
Właściwego szuka klucza.
W suterenie na harmonii
Wirtuoza słychać stróża
I na koniec basem mruczy
Katarynka śród podwórza.
Lecz to razem wszystko wzięte
Pięknie dźwięczy zwłaszcza z dali,
Jakby komuś żyły pruli
Lub ze skóry obdzierali.
Muzykalność – rzecz intratna,
Na nią każdy dziś poleci,
Każda panna grać się uczy,
Bo „cudowne” chce mieć… dzieci!
I dzieciaków tych cudownych
Mamy tyle już w tej chwili,
Żeśmy nimi z powodzeniem
Kulę ziemską obdzielili…
Więc niemowlę, co ma tydzień,
Już o przyszłość się nie troska,
Gra już bowiem jak Sonnenfeld
Albo śpiewa jak Manowska!
Że jest szczery nasz „Przewodnik”,
Że Warszawa nie jest rajem –
To, turysto, jest dowodem,
Że ci szczerą radę dajem:
Gdy przyjeżdżasz z zagranicy,
A gdyś tylko pan bogaty,
Na rogatce zaraz w uszy
Po dwa funty nakładź waty!
A gdyś biedny – to już trudno –
Naszym zdaniem jednak szczerem,
Żebyś biedne swoje uszy
Zatkał starym choć… Kurierem!

J. Lechoń „Bajka warszawska”

Wczoraj nocą (wszystko ściśle
Z najlepszego źródła wiem)
Szedł jegomość przez Powiśle
Za Starego Miasta tłem.

W meloniku, kurtka krótka,
Wśród nadbrzeżnych zniknął traw.
Wzrok zamglony, siwa bródka:
Krótko mówiąc: Poldzio Staff.

Senna Wisła nagle drgnęła,
I w księżycu, z srebrnych wód
Cudna panna wypłynęła
Z rybią łuską koło ud.

I szepnęła: "Mój chłopczyku,
Nic się nie bój! Daj mi dłoń!
Tak jak stoisz, w meloniku
Pójdź gdzie mieszkam, w Wisły toń.

"Co się wahasz? Nikt cię nie zji,
Znasz mnie przecież z twoich snów.
Pogadamy o poezji,
I do miasta wrócisz znów.

"Pomarzymy o przeszłości,
Co pod gruzem miasta śpi.
Nie mam, widzisz, znajomości
Wśród tych ludzi z nowych dni".

Chlupnął Poldzio, i spod fali
Wyjrzał tylko jego nos.
Po czym całą noc gadali
Zaplatani w nimfy włos.

A nad ranem, gdy świt ściera
Mroki z sennych nieba lic,
Poldzio znów był u Fukiera
Suchy jakby nigdy nic.

J. Tuwim „A polski bez…”

A polski bez, jak pachniał w maju,
W alejach i w Ogrodzie Saskim,
W koszach na rogu i w tramwaju,
Gdy z Bielan wracał lud warszawski!
Szofer nim maił swą taksówkę,
Frajerów wioząc na majówkę,
Na trawkie, piwko i muzykie;
Gnał na sto jeden, na rezykie;
A wiózł śmietankie towarzyskie:
Kuchtę Walercie, tę ze Śliskiej,
Burakoszczaka z Czerniakowskiej
I Józia Gwizdalskiego z Wolskiej.
Byli spocone i zziajane
I wszystka trzech w drebiezgi pijane.
I tak jechali bez Pułaskie,
Fordziak w latarnie wyrżnął z trzaskiem
i przybiegł (tyż pod gazem krzynkie)
Flimon szarpany za podpinkie.
Szofer czarował go natralnie,
że on zapychał legularnie.

czwartek, 15 lipca 2010

Or-Ot „Ogród Saski”

Króla Augusta nie wsławił miecz
Ni wielkich czynów blaski,
Ale Warszawie dał piękną rzecz:
Uroczy Ogród Saski.
Tam śnił się młodym miłości sen,
Tam rój dziecięcy hasa,
Więc, gdy wspomnimy na ogród ten,
Nie przeklinajmy Sasa.

Patrzył się taki zgrzybiały dziad
W ognistozłote słońce,
Wspominał werbel rycerskich lat,
Trąbki tryumfem grzmiące.
A z boku czyhał młodziutki żak
Z oczyma płomiennymi,
By z duszą starca wzlatać, jak ptak,
Za orły cesarskimi.

Trawnik w rumiankach plącze się w mgle
I palantowa meta;
W południe mamy zjawiały się
Z ciastkami od Eszteta.
Mażą się bąki, ślą zapach bzy,
Z słońca się ukrop toczy,
Strażak się puszył, a za nim szły
Nianiek i mamek oczy.

A kiedy zapadł wiosenny zmierzch,
Wonny, perlisty rosą,
Zda się, nad starych kasztanów wierzch
Dawne się lata niosą.
Dam rokokowych rozbrzmiewa śmiech
Na złotym piasku alej
I brzmi kaskada dalekich ech:
„Kochaj mnie, pieść i szalej!"