Godzina bije! Świstem kul
Pomścimy wreszcie lata grozy,
Pomścimy groby, łzy i ból
I egzekucje i obozy.
Przez cały świat niech biegnie wieść,
Że znów broczymy krwią i potem,
Wysoko pięść musimy wznieść,
Żeby miażdżącym spadła młotem.
A wtedy w prochu legnie wróg,
Dzielności naszej się poszczęści,
I sprawiedliwy wielki Bóg
Pobłogosławi naszej pięści.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa do 1944. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Warszawa do 1944. Pokaż wszystkie posty
piątek, 5 listopada 2010
wtorek, 27 lipca 2010
A. Świrszczyńska „Żyje godzinę dłużej”
pamięci Stanisławy Świerczyńskiej
Dziecko ma dwa miesiące.
Doktor mówi:
umrze bez mleka.
Matka idzie cały dzień piwnicami
na drugi koniec miasta.
Na Czerniakowie
piekarz ma krowę.
Czołga się na brzuchu
wśród gruzów, błota, trupów.
Przynosi trzy łyżki mleka.
Dziecko żyje
godzinę dłużej.
Dziecko ma dwa miesiące.
Doktor mówi:
umrze bez mleka.
Matka idzie cały dzień piwnicami
na drugi koniec miasta.
Na Czerniakowie
piekarz ma krowę.
Czołga się na brzuchu
wśród gruzów, błota, trupów.
Przynosi trzy łyżki mleka.
Dziecko żyje
godzinę dłużej.
A. Felmanówna „W zimowy poranek”
Idę ulicą. Wokoło mnie liczny tłum handlarzy,
A wśród nich dziecię o zakrytej twarzy
Chuścina w wielkie kolorowe łaty,
Którą pewnie dostała babka niepamiętnej daty,
Nosiła ją chyba ona i matka i brat duży,
A teraz jeszcze tej dziecinie służy.
Z pod chusty przetarte łachmany zwisają
- Nie bardzo mocno grzać się wydają –
Szyła je matka z kaftana, z fartucha
I mają służyć zamiast kożucha...
Na nogach skarpetki wyblakłe, podarte.
I wielkie buty ojca wytarte.
A rączki ma od mrozu sino-fioletowe
I trzyma w nich świeczki – świeczki chanukowe.
I chociaż ręce drżą, trzyma towar wytrwale
I sobie powtarza wciąż, iż nie ma mrozu wcale.
Rozlega się dziecka głos ochrypły, lecz miły,
Chwilami cichnie znów- dziecię już nie ma siły.
A gdy przypomni sobie, że głodna rodzina,
To wzmaga się znów głos i poważnieje mina.
Tam w izbie, w wilgotnej suterynie
Malutkie rodzeństwo wśród nędzy ginie:
Braciszek głodny, siostrzyczka chora,
Pieniędzy nie ma już na doktora.
Mateczka dziecka, ta matka kocha,
Wstaje codziennie z samego rana,
Choć bardzo jest słaba, każdemu pomoże,
A później pieczywo sprzedaje na dworze.
Jest jeszcze babcia, siwa staruszka,
Która już wcale nie wstaje z łóżka
Ojciec nie żyje, zmarł na suchoty,
Dużo więc w domu jest do roboty.
A przede wszystkim zarabiać trzeba,
By mieć dla maleństw kawałek chleba.
Stoi więc dziecko na mrozie za dnia,
W pudełku świeczki kolorowe ma,
A gdy przypomni sobie – rodzeństwo niezdrowe,
Woła jak najgłośniej: Świeczki chanukowe!
Wieje zimny wiatr, a mróz jest nie mały,
Tuli dziecko się, rączki mu zdrętwiały,
Nóżki też przemarzły, a mróz oddech ścina,
„świeczki chanukowe!” krzyczy wciąż dziecina.
A gdy mróz się wzmaga, gdy wiatr silniej wieje
Malutka handlarka oddechem się grzeje.
Grzać mają oddechy tak jak ciepłe picie...
Dziecko nie narzeka: musi wołać „świece”
Idę ulicą. Handlarkę minęłam, ale widzę stale
To dziecię, co stoi na mrozie wytrwale,
Tę chudą sylwetkę, te zmarznięte nogi,
Te ręce skostniałe i ten strój ubogi.
I słyszę jak krzyczy, wytężając siły,
Słyszę głos dziecka ochrypły, lecz miły:
„Świeczki, świeczki kolorowe.
Świeczki, świeczki chanukowe”
A wśród nich dziecię o zakrytej twarzy
Chuścina w wielkie kolorowe łaty,
Którą pewnie dostała babka niepamiętnej daty,
Nosiła ją chyba ona i matka i brat duży,
A teraz jeszcze tej dziecinie służy.
Z pod chusty przetarte łachmany zwisają
- Nie bardzo mocno grzać się wydają –
Szyła je matka z kaftana, z fartucha
I mają służyć zamiast kożucha...
Na nogach skarpetki wyblakłe, podarte.
I wielkie buty ojca wytarte.
A rączki ma od mrozu sino-fioletowe
I trzyma w nich świeczki – świeczki chanukowe.
I chociaż ręce drżą, trzyma towar wytrwale
I sobie powtarza wciąż, iż nie ma mrozu wcale.
Rozlega się dziecka głos ochrypły, lecz miły,
Chwilami cichnie znów- dziecię już nie ma siły.
A gdy przypomni sobie, że głodna rodzina,
To wzmaga się znów głos i poważnieje mina.
Tam w izbie, w wilgotnej suterynie
Malutkie rodzeństwo wśród nędzy ginie:
Braciszek głodny, siostrzyczka chora,
Pieniędzy nie ma już na doktora.
Mateczka dziecka, ta matka kocha,
Wstaje codziennie z samego rana,
Choć bardzo jest słaba, każdemu pomoże,
A później pieczywo sprzedaje na dworze.
Jest jeszcze babcia, siwa staruszka,
Która już wcale nie wstaje z łóżka
Ojciec nie żyje, zmarł na suchoty,
Dużo więc w domu jest do roboty.
A przede wszystkim zarabiać trzeba,
By mieć dla maleństw kawałek chleba.
Stoi więc dziecko na mrozie za dnia,
W pudełku świeczki kolorowe ma,
A gdy przypomni sobie – rodzeństwo niezdrowe,
Woła jak najgłośniej: Świeczki chanukowe!
Wieje zimny wiatr, a mróz jest nie mały,
Tuli dziecko się, rączki mu zdrętwiały,
Nóżki też przemarzły, a mróz oddech ścina,
„świeczki chanukowe!” krzyczy wciąż dziecina.
A gdy mróz się wzmaga, gdy wiatr silniej wieje
Malutka handlarka oddechem się grzeje.
Grzać mają oddechy tak jak ciepłe picie...
Dziecko nie narzeka: musi wołać „świece”
Idę ulicą. Handlarkę minęłam, ale widzę stale
To dziecię, co stoi na mrozie wytrwale,
Tę chudą sylwetkę, te zmarznięte nogi,
Te ręce skostniałe i ten strój ubogi.
I słyszę jak krzyczy, wytężając siły,
Słyszę głos dziecka ochrypły, lecz miły:
„Świeczki, świeczki kolorowe.
Świeczki, świeczki chanukowe”
Z. Jasiński ("Rudy") „Pieśń o Powstaniu”
Rzucone hasło. Poszli żołnierze:
Sierpniowym słońcem lśnią pistolety,
matki żarliwie szepcą pacierze:
...Może zza Wisły ruszą Sowiety?...
Poszli żołnierze dzielni i młodzi
bez karabinów, bez karabinów,
a przeciw czołgom - tylko benzyna.
- Żywiej, klakierzy! Klaskać na podziw! -
W oczach im płonie zapał bezmierny,
bo karabiny sami zdobędą.
Przeciw dywizjom poszli pancernym,
i to w historii liczyć im będą:
warci, by łatwy przesłać im podziw
i obietnicę:
- Pomoc nadchodzi.
Pogodne było niebo sierpniowe,
gdy wyglądano przylotu ptaków.
Żołnierzyk młody, raniony w głowę,
bez amunicji szedł do ataku,
a wróg nas raził z wylotów strzelnic
i huk moździerzy po mieście dudnił,
i coraz więcej spalonych dzielnic,
i coraz ciężej i coraz trudniej...
- Klakierzy, patrzcie: już czwarty tydzień,
zwyciężyliśmy wroga pod Pastą!
- Klakierzy, oto: cztery tygodnie,
wróg atakuje już Stare Miasto...
Rwą nas w kawały bomby i czołgi,
słońce przez dymy świeci pogodnie,
milczą zdradzieckie działa znad Wołgi,
a wasza pomoc idzie, wciąż idzie,
i zgodnie radzą, radzą alianci:
czyśmy bandyci, czy kombatanci...
A w nasze piersi - salwy armatnie.
W gruzach Starówka, płonie Śródmieście,
świszcze po zgliszczach piekło granatów.
Czy amunicję nadeślą wreszcie?...
I jeszcze jeden upływa tydzień,
nikt nam już z okien nie rzuca kwiatów.
I tylko pomoc - idzie, wciąż idzie,
i tylko rosną mogiły bratnie,
tylko te krzyże, krwi hekatomby,
te ponad nami bomby! te bomby!
bomby i bomby!...
Płonie Powiśle,
jutro z kolei padnie Czerniaków,
kto nam i kiedy tę pomoc przyśle?...
Próżno skazanym wyglądać znaków:
wrzesień już, wrzesień spłynął pogodnie,
dogasa miasto, huczą moździerze,
pokotem giną bezbronni, głodni,
brudni, zawszeni, ranni żołnierze...
- Dmijcie klakierzy w pochwalne trąby,
gdy ponad nami bomby i bomby,
bomby i bomby, bomby i bomby!...
nic, tylko bomby, bomby i bomby!...
Twarze kochane, twarze wybladłe
pod barykadą czyjeś się kładły,
główki dziecięce, oczy zdziwione,
usta kochane, nieporuszone,
słowa ostatnie, mogiły bratnie,
samolot, bomby, salwy armatnie,
słowa zamarłe, gwiazdy dalekie,
serca zacichłe, trzewia wyprute,
domy spalone, drzewa kalekie,
krzyże sterczące w niebo kikutem,
a w cieniu krzyży pod barykadą
twarz nowa ziemi kłoni się blado,
tlą się ulice, gaśnie Stolica,
samolot, bomby, huk, błyskawica,
ruiny wyżej i coraz wyżej
krzyże i krzyże, dymiące krzyże
a w pogorzeli pod barykadą
trupy się nowe kładą i kładą...
Ostatnie strzały obrońców głuchną.
Szczury tłuścieją na polskim ścierwie.
- Klakierzy, dosyć! Dłonie wam spuchną!
Pobożny podziw płuca wam zerwie!
Sierpniowym słońcem lśnią pistolety,
matki żarliwie szepcą pacierze:
...Może zza Wisły ruszą Sowiety?...
Poszli żołnierze dzielni i młodzi
bez karabinów, bez karabinów,
a przeciw czołgom - tylko benzyna.
- Żywiej, klakierzy! Klaskać na podziw! -
W oczach im płonie zapał bezmierny,
bo karabiny sami zdobędą.
Przeciw dywizjom poszli pancernym,
i to w historii liczyć im będą:
warci, by łatwy przesłać im podziw
i obietnicę:
- Pomoc nadchodzi.
Pogodne było niebo sierpniowe,
gdy wyglądano przylotu ptaków.
Żołnierzyk młody, raniony w głowę,
bez amunicji szedł do ataku,
a wróg nas raził z wylotów strzelnic
i huk moździerzy po mieście dudnił,
i coraz więcej spalonych dzielnic,
i coraz ciężej i coraz trudniej...
- Klakierzy, patrzcie: już czwarty tydzień,
zwyciężyliśmy wroga pod Pastą!
- Klakierzy, oto: cztery tygodnie,
wróg atakuje już Stare Miasto...
Rwą nas w kawały bomby i czołgi,
słońce przez dymy świeci pogodnie,
milczą zdradzieckie działa znad Wołgi,
a wasza pomoc idzie, wciąż idzie,
i zgodnie radzą, radzą alianci:
czyśmy bandyci, czy kombatanci...
A w nasze piersi - salwy armatnie.
W gruzach Starówka, płonie Śródmieście,
świszcze po zgliszczach piekło granatów.
Czy amunicję nadeślą wreszcie?...
I jeszcze jeden upływa tydzień,
nikt nam już z okien nie rzuca kwiatów.
I tylko pomoc - idzie, wciąż idzie,
i tylko rosną mogiły bratnie,
tylko te krzyże, krwi hekatomby,
te ponad nami bomby! te bomby!
bomby i bomby!...
Płonie Powiśle,
jutro z kolei padnie Czerniaków,
kto nam i kiedy tę pomoc przyśle?...
Próżno skazanym wyglądać znaków:
wrzesień już, wrzesień spłynął pogodnie,
dogasa miasto, huczą moździerze,
pokotem giną bezbronni, głodni,
brudni, zawszeni, ranni żołnierze...
- Dmijcie klakierzy w pochwalne trąby,
gdy ponad nami bomby i bomby,
bomby i bomby, bomby i bomby!...
nic, tylko bomby, bomby i bomby!...
Twarze kochane, twarze wybladłe
pod barykadą czyjeś się kładły,
główki dziecięce, oczy zdziwione,
usta kochane, nieporuszone,
słowa ostatnie, mogiły bratnie,
samolot, bomby, salwy armatnie,
słowa zamarłe, gwiazdy dalekie,
serca zacichłe, trzewia wyprute,
domy spalone, drzewa kalekie,
krzyże sterczące w niebo kikutem,
a w cieniu krzyży pod barykadą
twarz nowa ziemi kłoni się blado,
tlą się ulice, gaśnie Stolica,
samolot, bomby, huk, błyskawica,
ruiny wyżej i coraz wyżej
krzyże i krzyże, dymiące krzyże
a w pogorzeli pod barykadą
trupy się nowe kładą i kładą...
Ostatnie strzały obrońców głuchną.
Szczury tłuścieją na polskim ścierwie.
- Klakierzy, dosyć! Dłonie wam spuchną!
Pobożny podziw płuca wam zerwie!
W. Wysocki „O Powstaniu Warszawskim”
I nagle ból rozsadzać zaczął czaszkę,
Wróciło to, co wraca nie od dziś:
Powstanie przypomniało się
Warszawskie
I polski ból w rosyjską wtargnął myśl.
Wzywali pomocy
Błagali o broń
A nasi sztabowcy
Zatrzymali front.
Chcieliśmy przez Wisłę
Z marszu, jak się da…
I płakali wszyscy,
Słysząc wciąż „Nielzia!”
Było, minęło – lecz do dzisiaj w sercu
Niczym odłamek tamte sprawy tkwią:
Bezsilny płacz naszych
Krasnoarmiejców,
I ten haniebnie zatrzymany front.
Czemu stały armie
Sześćdziesiąt trzy dni,
Patrząc, jak Powstanie
Nurza się we krwi.
Ponoć był to atut,
Taka nasza gra,
Żeby wiedział Zachód,
Kto tu rację ma.
A może sztab miał poważniejsze sprawy,
Może za późno zameldował zwiad?
Dociskam gaz – zbliżam się do
Warszawy,
Nadrobić chcę spóźnienie z tamtych lat.
Wróciło to, co wraca nie od dziś:
Powstanie przypomniało się
Warszawskie
I polski ból w rosyjską wtargnął myśl.
Wzywali pomocy
Błagali o broń
A nasi sztabowcy
Zatrzymali front.
Chcieliśmy przez Wisłę
Z marszu, jak się da…
I płakali wszyscy,
Słysząc wciąż „Nielzia!”
Było, minęło – lecz do dzisiaj w sercu
Niczym odłamek tamte sprawy tkwią:
Bezsilny płacz naszych
Krasnoarmiejców,
I ten haniebnie zatrzymany front.
Czemu stały armie
Sześćdziesiąt trzy dni,
Patrząc, jak Powstanie
Nurza się we krwi.
Ponoć był to atut,
Taka nasza gra,
Żeby wiedział Zachód,
Kto tu rację ma.
A może sztab miał poważniejsze sprawy,
Może za późno zameldował zwiad?
Dociskam gaz – zbliżam się do
Warszawy,
Nadrobić chcę spóźnienie z tamtych lat.
A. Świrszczyńska „Łączniczka”
Jance Jaworskiej
Ścigana seriami karabinów maszynowych
biega, czołga się, pełza
pod kulami, pod bombami
przenosi rozkazy i meldunki.
Oduczyła się jeść i spać.
jej ciało
to tylko oczy.
Ścigana seriami karabinów maszynowych
biega, czołga się, pełza
pod kulami, pod bombami
przenosi rozkazy i meldunki.
Oduczyła się jeść i spać.
jej ciało
to tylko oczy.
S. Baliński „Kolęda warszawska 1939”
O, Matko, odłóż dzień Narodzenia
Na inny czas,
Niechaj nie widzą oczy Stworzenia,
Jak gnębią nas.
Niechaj się rodzi Syn najmilejszy
Wśród innych-gwiazd,
Ale nie u nas, nie w najsmutniejszym
Ze wszystkich miast.
Bo w naszym mieście, które pamiętasz
Z dalekich dni,
Krzyże wyrosły, krzyże i cmentarz,
Świeży od krwi.
Bo nasze dzieci pod szrapnelami
Padły bez tchu.
O, świętą Mario, módl się za nami,
Lecz nie chodź tu.
A jeśli chcesz już narodzić w cieniu
Warszawskich zgliszcz,
To lepiej zaraz po narodzeniu
Rzuć Go na Krzyż.
Na inny czas,
Niechaj nie widzą oczy Stworzenia,
Jak gnębią nas.
Niechaj się rodzi Syn najmilejszy
Wśród innych-gwiazd,
Ale nie u nas, nie w najsmutniejszym
Ze wszystkich miast.
Bo w naszym mieście, które pamiętasz
Z dalekich dni,
Krzyże wyrosły, krzyże i cmentarz,
Świeży od krwi.
Bo nasze dzieci pod szrapnelami
Padły bez tchu.
O, świętą Mario, módl się za nami,
Lecz nie chodź tu.
A jeśli chcesz już narodzić w cieniu
Warszawskich zgliszcz,
To lepiej zaraz po narodzeniu
Rzuć Go na Krzyż.
A. Świrszczyńska „Jej śmierć ma szesnaście lat”
Konając we krwi na bruku
skąd ma wiedzieć, że kona.
Jest tak szczelnie wypełniona młodością,
że nawet jej konanie jest młode.
Nie umie umierać. Umiera przecież
pierwszy raz.
skąd ma wiedzieć, że kona.
Jest tak szczelnie wypełniona młodością,
że nawet jej konanie jest młode.
Nie umie umierać. Umiera przecież
pierwszy raz.
W. Szlengel „Dwie śmierci”
Wasza śmierć i nasza śmierć
to dwie inne śmierci.
Wasza śmierć - to mocna śmierć,
szarpiąca na ćwierci.
Wasza śmierć śród szarych pól
od krwi i potu żyznych.
Wasza śmierć - to śmierć od kul
dla czegoś - ...dla Ojczyzny.
Nasza śmierć - to głupia śmierć,
na strychu lub w piwnicy,
nasza śmierć przychodzi psia
zza węgła ulicy.
Waszą śmierć odznaczy krzyż,
komunikat ją wymienia,
naszą śmierć - hurtowy skład,
zakopią - do widzenia.
Wasza śmierć - wy twarzą w twarz
witacie się w pół drogi,
nasza śmierć - to skryta śmierć
kopana w masce trwogi.
Wasza śmierć - zwyczajna śmierć,
człowiecza i nietrudna,
nasza śmierć - śmietnicza śmierć,
żydowska i - paskudna.
Nasza śmierć jest waszej śmierci
daleką biedną krewną.
Gdy spotka wasza - naszą śmierć,
nie wita jej na pewno.
I w czarną noc przez smugi mgieł
nad miastem - w mroków piekle,
dwie śmierci przeklinają się,
złorzecząc sobie wściekle.
Na murku - patrząc w strony dwie,
podgląda kłótnię skrycie
to samo chciwe, sprytne, złe
i jednakowe Życie.
to dwie inne śmierci.
Wasza śmierć - to mocna śmierć,
szarpiąca na ćwierci.
Wasza śmierć śród szarych pól
od krwi i potu żyznych.
Wasza śmierć - to śmierć od kul
dla czegoś - ...dla Ojczyzny.
Nasza śmierć - to głupia śmierć,
na strychu lub w piwnicy,
nasza śmierć przychodzi psia
zza węgła ulicy.
Waszą śmierć odznaczy krzyż,
komunikat ją wymienia,
naszą śmierć - hurtowy skład,
zakopią - do widzenia.
Wasza śmierć - wy twarzą w twarz
witacie się w pół drogi,
nasza śmierć - to skryta śmierć
kopana w masce trwogi.
Wasza śmierć - zwyczajna śmierć,
człowiecza i nietrudna,
nasza śmierć - śmietnicza śmierć,
żydowska i - paskudna.
Nasza śmierć jest waszej śmierci
daleką biedną krewną.
Gdy spotka wasza - naszą śmierć,
nie wita jej na pewno.
I w czarną noc przez smugi mgieł
nad miastem - w mroków piekle,
dwie śmierci przeklinają się,
złorzecząc sobie wściekle.
Na murku - patrząc w strony dwie,
podgląda kłótnię skrycie
to samo chciwe, sprytne, złe
i jednakowe Życie.
S. Baliński „Wizja Getta”
Dokądże mnie prowadzisz, tragiczny poeto,
Wzdłuż murów, których nie znam, chociaż miasto znane,
Dokądże mi otwierasz drzwi zakratowane
I w jakie wiedziesz światy? Cicho. Oto getto.
Duszny upał nas owiał, noc gęsta dotyka,
Jakiś krzyk przerażenia zabrzmiał w dali piekłem,
Idę przez sen za tobą i ciemność przenikam,
By ujrzeć kształt cierpienia, przed którym uciekłem.
Nic ma tu drzew i liści, tylko mur i kamień,
Nie ma wiatru i wody, tylko studnia czarna,
Skąd głód wychodzi boso, przystaje przy bramie
I rozsypuje smutnie tyfusowe ziarna.
Idę, nie wierząc jeszcze hańbie feudalnej,
Którą przywieźli tutaj okrutni siepacze,
Wznosząc w naszej Warszawie, starej, liberalnej,
Na wieczną żałość rzeczy - drugą ścianę płaczu.
Cicho. Słyszysz, ktoś płacze... Jakieś dziecko płacze.
To tam, w tej suterynie. Chodźmy. Niech zobaczę.
Na rozpalonym łóżku, gdzie upał nie stygnie,
Dwoje dzieci majaczy w czerwonej malignie.
Nad nimi stoi matka i bezradnie słucha,
A za nią jakieś krewne i babki w perukach,
O wyblakłych spojrzeniach i cerze woskowej,
Gdzie odbija się trwożnie szept lampki naftowej.
Chłopiec otwiera oczy i łzy w nich zabłysły,
Spieczone od gorączki, od popiołu bledsze:
- Mamo! - woła - już, lato... już widać brzeg Wisły,
I wodę, co przepływa, i nad nią powietrze.
Jakieś wspomnienie szczęścia muska go po twarzy
I niesie pocałunek kraju dalekiego,
A dziewczynka uśmiecha się sennie i marzy:
- Chciałabym mieć gałązkę z Ogrodu Saskiego.
Chciałaby mieć gałązkę z Ogrodu Saskiego,
Wyciąga do niej ręce, jak może, jak umie,
Krewne kiwają tylko głową: Coś takiego...
Skąd ona może wiedzieć, ona nie rozumie.
Lecz matka się zerwała. Wiatr porwał się z ziemi.
Wybiegła na ulicę. Wiatr biegnie wśród cieni.
Dobiegła gdzieś do muru pod opaską nieba
I w umówionym miejscu przez szczelinę wąską,
Nie o cukru kawałek, nie o skórkę chleba,
Ale o zieleń błaga, o jedną gałązkę.
Jakieś zielone drzewa zaszumiały z lekka,
Ktoś rzucił jej gałązkę i szepnął: "Uciekaj"...
....................................................................
Przez ulice upalne, gdzie nic nie dojrzewa,
Przez zaułki i ścieki, w których tyfus ziewa,
Przez czarne rzędy okien, bez dźwięku i ruchu,
Skąd płynie świst oddechów, stłoczonych w zaduchu,
Przez okrucieństwo ludzkie i przez poniżenie,
Które poniża słabych, a wywyższa mocnych,
- Biegnie matka widmowa środkiem godzin nocnych,
A noc zamienia echo jej kroków w kamienie.
Biegnie przez całe getto, przez życie i przez sen,
Tak samo kochająca, tak samo bolesna,
Biegnie naprzeciw krzywdzie, w poprzek nienawiści,
I niesie swoim dzieciom pęk zielonych liści,
Które w ostatniej chwili, jak tchnienie łaskawsze,
Położy im na oczach, na ustach, na zawsze.
....................................................................
I te liście zielone już nigdy nie zginą,
Wiele rzeczy przeminie, lecz one nie miną,
Kiedy mury pogardy jak proch się rozpadną,
A wolny wiatr zawieje nad rozbitym głazem,
Zakwitną znowu wiosną i cicho opadną,
Liście - w których się splotą śmierć i miłość razem.
Wzdłuż murów, których nie znam, chociaż miasto znane,
Dokądże mi otwierasz drzwi zakratowane
I w jakie wiedziesz światy? Cicho. Oto getto.
Duszny upał nas owiał, noc gęsta dotyka,
Jakiś krzyk przerażenia zabrzmiał w dali piekłem,
Idę przez sen za tobą i ciemność przenikam,
By ujrzeć kształt cierpienia, przed którym uciekłem.
Nic ma tu drzew i liści, tylko mur i kamień,
Nie ma wiatru i wody, tylko studnia czarna,
Skąd głód wychodzi boso, przystaje przy bramie
I rozsypuje smutnie tyfusowe ziarna.
Idę, nie wierząc jeszcze hańbie feudalnej,
Którą przywieźli tutaj okrutni siepacze,
Wznosząc w naszej Warszawie, starej, liberalnej,
Na wieczną żałość rzeczy - drugą ścianę płaczu.
Cicho. Słyszysz, ktoś płacze... Jakieś dziecko płacze.
To tam, w tej suterynie. Chodźmy. Niech zobaczę.
Na rozpalonym łóżku, gdzie upał nie stygnie,
Dwoje dzieci majaczy w czerwonej malignie.
Nad nimi stoi matka i bezradnie słucha,
A za nią jakieś krewne i babki w perukach,
O wyblakłych spojrzeniach i cerze woskowej,
Gdzie odbija się trwożnie szept lampki naftowej.
Chłopiec otwiera oczy i łzy w nich zabłysły,
Spieczone od gorączki, od popiołu bledsze:
- Mamo! - woła - już, lato... już widać brzeg Wisły,
I wodę, co przepływa, i nad nią powietrze.
Jakieś wspomnienie szczęścia muska go po twarzy
I niesie pocałunek kraju dalekiego,
A dziewczynka uśmiecha się sennie i marzy:
- Chciałabym mieć gałązkę z Ogrodu Saskiego.
Chciałaby mieć gałązkę z Ogrodu Saskiego,
Wyciąga do niej ręce, jak może, jak umie,
Krewne kiwają tylko głową: Coś takiego...
Skąd ona może wiedzieć, ona nie rozumie.
Lecz matka się zerwała. Wiatr porwał się z ziemi.
Wybiegła na ulicę. Wiatr biegnie wśród cieni.
Dobiegła gdzieś do muru pod opaską nieba
I w umówionym miejscu przez szczelinę wąską,
Nie o cukru kawałek, nie o skórkę chleba,
Ale o zieleń błaga, o jedną gałązkę.
Jakieś zielone drzewa zaszumiały z lekka,
Ktoś rzucił jej gałązkę i szepnął: "Uciekaj"...
....................................................................
Przez ulice upalne, gdzie nic nie dojrzewa,
Przez zaułki i ścieki, w których tyfus ziewa,
Przez czarne rzędy okien, bez dźwięku i ruchu,
Skąd płynie świst oddechów, stłoczonych w zaduchu,
Przez okrucieństwo ludzkie i przez poniżenie,
Które poniża słabych, a wywyższa mocnych,
- Biegnie matka widmowa środkiem godzin nocnych,
A noc zamienia echo jej kroków w kamienie.
Biegnie przez całe getto, przez życie i przez sen,
Tak samo kochająca, tak samo bolesna,
Biegnie naprzeciw krzywdzie, w poprzek nienawiści,
I niesie swoim dzieciom pęk zielonych liści,
Które w ostatniej chwili, jak tchnienie łaskawsze,
Położy im na oczach, na ustach, na zawsze.
....................................................................
I te liście zielone już nigdy nie zginą,
Wiele rzeczy przeminie, lecz one nie miną,
Kiedy mury pogardy jak proch się rozpadną,
A wolny wiatr zawieje nad rozbitym głazem,
Zakwitną znowu wiosną i cicho opadną,
Liście - w których się splotą śmierć i miłość razem.
Anonim „Piosenka o Abramku”
Pod Dęblinem jest miasto Sobolew,
Taka mała żydowska mieścina;
W tej mieścinie Szmul Gold był rabinem
I ten rabin Abramka miał syna.
Syn rabina, Abramek, miał książkę,
Cudną książkę o świecie dalekim,
W książce czytał, że są piękne morza
I że piękne są góry i rzeki. (...)
Wiedział, że nie dla niego jest morze,
Nie dla niego są góry dalekie,
Ale wiedział, że Wisła jest blisko,
Więc przynajmniej zobaczyć chciał rzekę. (...)
Sądny dzień nastał widać dla świata,
Widać Pan Bóg się strasznie rozgniewał...
Przyszli Niemcy, by Żydów wypędzić.
Rabin Gold musiał iść z Sobolewa. (...)
Wciąż biadała Goldowa ze łzami:
Przyszło na nas nieszczęście, oj, przyszło,
Rabin siedział milczący w swym kącie,
A Abramek wciąż tęsknił za Wisłą.
Getto – myślał – jest przecież w Warszawie;
Wisła – myślał – w tym samym jest mieście.
Jakby – myślał – przejść z getta do Wisły
I zobaczyć tę Wisłę nareszcie? (...)
Niech sprawiedliwość potężnej Rzeszy
W pamięci ludzkiej długo zostanie:
Dziecko, co chciało zobaczyć Rzekę
Skazano na śmierć przez rozstrzelanie.
Taka mała żydowska mieścina;
W tej mieścinie Szmul Gold był rabinem
I ten rabin Abramka miał syna.
Syn rabina, Abramek, miał książkę,
Cudną książkę o świecie dalekim,
W książce czytał, że są piękne morza
I że piękne są góry i rzeki. (...)
Wiedział, że nie dla niego jest morze,
Nie dla niego są góry dalekie,
Ale wiedział, że Wisła jest blisko,
Więc przynajmniej zobaczyć chciał rzekę. (...)
Sądny dzień nastał widać dla świata,
Widać Pan Bóg się strasznie rozgniewał...
Przyszli Niemcy, by Żydów wypędzić.
Rabin Gold musiał iść z Sobolewa. (...)
Wciąż biadała Goldowa ze łzami:
Przyszło na nas nieszczęście, oj, przyszło,
Rabin siedział milczący w swym kącie,
A Abramek wciąż tęsknił za Wisłą.
Getto – myślał – jest przecież w Warszawie;
Wisła – myślał – w tym samym jest mieście.
Jakby – myślał – przejść z getta do Wisły
I zobaczyć tę Wisłę nareszcie? (...)
Niech sprawiedliwość potężnej Rzeszy
W pamięci ludzkiej długo zostanie:
Dziecko, co chciało zobaczyć Rzekę
Skazano na śmierć przez rozstrzelanie.
E. Chudzyński „O zmroku”
O zmroku szliśmy w bój na Jasną
Od strzałów trzęsła się Spokojna
A miasto zaszumiało wiosną
I szła przez noc powstańcza wojna.
W serca się wlała moc, ochota
I tak radośnie szli umierać
Kiedy w płomieniach stała Złota
A w ranach bunkry na Grottgera.
O zmroku szliśmy z Marszałkowskiej
Po śmierć na Placu Zbawiciela
Litania do Panienki Boskiej
Z matczynej piersi się wydziera.
Więc kiedy przyjdzie paść na "Paście"
Lub pośród drzew na Ogrodowej
Młodszemu bratu broń przekażcie
A matka? Niech się nic nie dowie.
Od strzałów trzęsła się Spokojna
A miasto zaszumiało wiosną
I szła przez noc powstańcza wojna.
W serca się wlała moc, ochota
I tak radośnie szli umierać
Kiedy w płomieniach stała Złota
A w ranach bunkry na Grottgera.
O zmroku szliśmy z Marszałkowskiej
Po śmierć na Placu Zbawiciela
Litania do Panienki Boskiej
Z matczynej piersi się wydziera.
Więc kiedy przyjdzie paść na "Paście"
Lub pośród drzew na Ogrodowej
Młodszemu bratu broń przekażcie
A matka? Niech się nic nie dowie.
W. Szlengel „Mała stacja Treblinki”
Na szlaku Tłuszcz - Warszawa
z dworca Warschau-Ost
wyjeżdża się szynami
i jedzie się wprost...
I podróż trwa czasami
pięć godzin i trzy ćwierci,
a czasem trwa ta jazda
całe życie aż do śmierci...
A stacja jest maleńka
i rosną trzy choinki,
i napis jest zwyczajny:
tu stacja Treblinki.
I nie ma nawet kasy
ani bagażowego,
za milion nie dostaniesz
biletu powrotnego...
Nie czeka nikt na stacji
i nikt nie macha chustką,
i cisza tylko wisi,
i wita głuchą pustką.
I milczy słup stacyjny,
i milczą trzy choinki,
i milczy czarny napis,
że... stacja Treblinki.
I tylko wisi z dawna
(reklama w każdym razie)
zniszczony stary napis:
"Gotujcie na gazie."
z dworca Warschau-Ost
wyjeżdża się szynami
i jedzie się wprost...
I podróż trwa czasami
pięć godzin i trzy ćwierci,
a czasem trwa ta jazda
całe życie aż do śmierci...
A stacja jest maleńka
i rosną trzy choinki,
i napis jest zwyczajny:
tu stacja Treblinki.
I nie ma nawet kasy
ani bagażowego,
za milion nie dostaniesz
biletu powrotnego...
Nie czeka nikt na stacji
i nikt nie macha chustką,
i cisza tylko wisi,
i wita głuchą pustką.
I milczy słup stacyjny,
i milczą trzy choinki,
i milczy czarny napis,
że... stacja Treblinki.
I tylko wisi z dawna
(reklama w każdym razie)
zniszczony stary napis:
"Gotujcie na gazie."
W. Szlengel „Kontratak”
Spokojnie szli do wagonów,
Jakby im wszystko zbrzydło,
Piesko patrzyli szaulisom w oczy -
Bydło !
Cieszyli się śliczni oficerkowie,
Że nic im nie działa na nerwy,
Że idą tępym marszem hordy,
- I tylko dla werwy
Trzaskały pejcze:
W mordy!
Tłum milcząc padał na placu,
Nim się w wagonie rozełkał,
Sączyli krew i łzy w piaszczysty grunt,
A "panowie"
na trupy
od niechcenia
rzucali
pudełka -
"Warum sind Juno rund."
Aż w ten dzień,
Gdy na uśpione sztimungiem miasto
Wpadli o świcie, jak hieny z porannej mgły,
Wtedy zbudziło się bydło
I
Obnażyło kły...
Na ulicy Miłej padł pierwszy strzał.
Żandarm się zachwiał w bramie.
Spojrzał zdziwiony - chwilę stał,
Pomacał roztrzaskane ramię -
Nie wierzył.
Coś tu nie w porządku,
Tak wszystko szło gładko i wprost,
Z łaski i protekcji
Cofnięto go z drogi na Ost
(Miał kilka dni satysfakcji),
Aby odpoczął w Warszawie,
Gnając to bydło w akcji,
I aby oczyścić ten chlew,
A tu
Na Miłej ulicy KREW...
Żandarm się cofnął z bramy
I zaklął: Naprawdę krwawię,
A tu już szczękały brauningi
Na Niskiej
Na Dzikiej,
Na Pawiej.
Na krętych schodach, gdzie matkę starą
Ciągnięto za włosy na DÓŁ,
LEŻY ESESMAN Handtke.
Bardzo dziwnie się nadął,
Jakby nie strawił śmierci,
Jakby go zdławił ten bunt.
Zacharkał się krwawą śliną
W pudełko - "Juno sind rund,"
Rund, rund.
Pył wdeptać złoconym szlifem,
Okrągło wszystko się toczy,
Leży błękitny żandarmi uniform
Na zaplutych schodach
Żydowskiej Pawiej ulicy
I nie wie
Że u Schultza i Toebbensa
Kule pląsają w radosnym rozśpiewie,
BUNT MIĘSA,
BUNT MIĘSA,
BUNT MIĘSA!
Mięso pluje przez okna granatem,
Mięso charczy szkarłatnym płomieniem
I zrębów życia się czepia !
Hej! Jak radośnie strzela się w ślepia !
TU JEST FRONT PANICZYKI !
FRONT - PANOWIE DEKOWNIKI !
HIER
TRINK MAN MEHR KEIN BIER,
HIER
HIER HAT MAN MEHR KEIN MUT
BLUT,
BLUT,
BLUT.
Zdejmować rękawiczki z jasnej gładkiej skóry,
Położyć pejcze - dać hełmy na głowy -
Jutro komunikat prasowy:
"Wbiliśmy się klinem w blok Toebbensa."
Bunt mięsa,
BUNT MIĘSA,
BUNT MIĘSA !
Słysz niemiecki Boże
jak modlą się Żydzi w "dzikich" domach
Trzymając w ręku łom czy żerdź.
Prosimy Cię Boże o walkę krwawą,
Błagamy o gwałtowną śmierć.
Niech nasze oczy przed skonaniem
Nie widzą jak się wloką szyny.
Ale daj dłoniom celność, Panie
Aby się skrwawił mundur siny.
Daj nam zobaczyć zanim gardła
Zawrze ostatni, głuchy jęk
W tych butnych dłoniach, w łapach z pejczem
Zwyczajny nasz człowieczy lęk.
Z Niskiej i z Miłej, z Muranowa
Wykwita płomień z naszych luf.
To wiosna nasza! To kontratak !
To wino walki uderza do głów !
To nasze lasy partyzanckie,
Zaułki Dzikiej i Ostrowskiej.
Drżą nam na piersiach numerki "blokowe",
Nasze medale z wojny żydowskiej.
Krzyk czterech liter błyska czerwienią,
Jak taran bije słowo: BUNT
.................................................
.................................................
A na ulicy krwią się oblepia
Zdeptana paczka:
"Juno sind rund !"
Jakby im wszystko zbrzydło,
Piesko patrzyli szaulisom w oczy -
Bydło !
Cieszyli się śliczni oficerkowie,
Że nic im nie działa na nerwy,
Że idą tępym marszem hordy,
- I tylko dla werwy
Trzaskały pejcze:
W mordy!
Tłum milcząc padał na placu,
Nim się w wagonie rozełkał,
Sączyli krew i łzy w piaszczysty grunt,
A "panowie"
na trupy
od niechcenia
rzucali
pudełka -
"Warum sind Juno rund."
Aż w ten dzień,
Gdy na uśpione sztimungiem miasto
Wpadli o świcie, jak hieny z porannej mgły,
Wtedy zbudziło się bydło
I
Obnażyło kły...
Na ulicy Miłej padł pierwszy strzał.
Żandarm się zachwiał w bramie.
Spojrzał zdziwiony - chwilę stał,
Pomacał roztrzaskane ramię -
Nie wierzył.
Coś tu nie w porządku,
Tak wszystko szło gładko i wprost,
Z łaski i protekcji
Cofnięto go z drogi na Ost
(Miał kilka dni satysfakcji),
Aby odpoczął w Warszawie,
Gnając to bydło w akcji,
I aby oczyścić ten chlew,
A tu
Na Miłej ulicy KREW...
Żandarm się cofnął z bramy
I zaklął: Naprawdę krwawię,
A tu już szczękały brauningi
Na Niskiej
Na Dzikiej,
Na Pawiej.
Na krętych schodach, gdzie matkę starą
Ciągnięto za włosy na DÓŁ,
LEŻY ESESMAN Handtke.
Bardzo dziwnie się nadął,
Jakby nie strawił śmierci,
Jakby go zdławił ten bunt.
Zacharkał się krwawą śliną
W pudełko - "Juno sind rund,"
Rund, rund.
Pył wdeptać złoconym szlifem,
Okrągło wszystko się toczy,
Leży błękitny żandarmi uniform
Na zaplutych schodach
Żydowskiej Pawiej ulicy
I nie wie
Że u Schultza i Toebbensa
Kule pląsają w radosnym rozśpiewie,
BUNT MIĘSA,
BUNT MIĘSA,
BUNT MIĘSA!
Mięso pluje przez okna granatem,
Mięso charczy szkarłatnym płomieniem
I zrębów życia się czepia !
Hej! Jak radośnie strzela się w ślepia !
TU JEST FRONT PANICZYKI !
FRONT - PANOWIE DEKOWNIKI !
HIER
TRINK MAN MEHR KEIN BIER,
HIER
HIER HAT MAN MEHR KEIN MUT
BLUT,
BLUT,
BLUT.
Zdejmować rękawiczki z jasnej gładkiej skóry,
Położyć pejcze - dać hełmy na głowy -
Jutro komunikat prasowy:
"Wbiliśmy się klinem w blok Toebbensa."
Bunt mięsa,
BUNT MIĘSA,
BUNT MIĘSA !
Słysz niemiecki Boże
jak modlą się Żydzi w "dzikich" domach
Trzymając w ręku łom czy żerdź.
Prosimy Cię Boże o walkę krwawą,
Błagamy o gwałtowną śmierć.
Niech nasze oczy przed skonaniem
Nie widzą jak się wloką szyny.
Ale daj dłoniom celność, Panie
Aby się skrwawił mundur siny.
Daj nam zobaczyć zanim gardła
Zawrze ostatni, głuchy jęk
W tych butnych dłoniach, w łapach z pejczem
Zwyczajny nasz człowieczy lęk.
Z Niskiej i z Miłej, z Muranowa
Wykwita płomień z naszych luf.
To wiosna nasza! To kontratak !
To wino walki uderza do głów !
To nasze lasy partyzanckie,
Zaułki Dzikiej i Ostrowskiej.
Drżą nam na piersiach numerki "blokowe",
Nasze medale z wojny żydowskiej.
Krzyk czterech liter błyska czerwienią,
Jak taran bije słowo: BUNT
.................................................
.................................................
A na ulicy krwią się oblepia
Zdeptana paczka:
"Juno sind rund !"
W. Szymborska „Jeszcze”
W zaplombowanych wagonach
Jadą krajem imiona,
a dokąd tak jechać będą,
a czy kiedy wysiędą
nie pytajcie, nie powiem, nie wiem.
Imię Natan bije pięścią o ścianę,
imię Izaak śpiewa obłąkane,
imię Sara wody woła dla imienia
Aaron, które umiera z pragnienia.
Nie skacz w biegu, imię Dawida.
Tyś jest imię skazujące na klęskę,
nie dawane nikomu, bez domu,
do noszenia w tym kraju zbyt ciężkie.
Syn niech imię słowiańskie ma,
bo tu liczą włosy na głowie,
bo tu dzielą dobro od zła
wedle imion i kroju powiek.
Nie skacz w biegu. Syn będzie Lech.
Nie skacz w biegu. Jeszcze nie pora
Nie skacz. Noc się rozlega jak śmiech
i przedrzeźnia kół stukanie na torach.
Chmura z ludzi nad krajem szła,
z dużej chmury mały deszcz, jedna łza,
mały deszcz, jedna łza, suchy czas.
Tory wiodą w czarny las.
Tak to, tak, stuka koło. Las bez polan.
Tak to, tak. Lasem jedzie transport wołań.
Tak to, tak. Obudzona w nocy słyszę
tak to, tak, łomotanie ciszy w ciszę.
Jadą krajem imiona,
a dokąd tak jechać będą,
a czy kiedy wysiędą
nie pytajcie, nie powiem, nie wiem.
Imię Natan bije pięścią o ścianę,
imię Izaak śpiewa obłąkane,
imię Sara wody woła dla imienia
Aaron, które umiera z pragnienia.
Nie skacz w biegu, imię Dawida.
Tyś jest imię skazujące na klęskę,
nie dawane nikomu, bez domu,
do noszenia w tym kraju zbyt ciężkie.
Syn niech imię słowiańskie ma,
bo tu liczą włosy na głowie,
bo tu dzielą dobro od zła
wedle imion i kroju powiek.
Nie skacz w biegu. Syn będzie Lech.
Nie skacz w biegu. Jeszcze nie pora
Nie skacz. Noc się rozlega jak śmiech
i przedrzeźnia kół stukanie na torach.
Chmura z ludzi nad krajem szła,
z dużej chmury mały deszcz, jedna łza,
mały deszcz, jedna łza, suchy czas.
Tory wiodą w czarny las.
Tak to, tak, stuka koło. Las bez polan.
Tak to, tak. Lasem jedzie transport wołań.
Tak to, tak. Obudzona w nocy słyszę
tak to, tak, łomotanie ciszy w ciszę.
A. Słonimski „Ghetto Warszawskie”
Rozmowa Matki z Synem
Matka:
Tam za murem jest droga i szosa,
Która prosto prowadzi w niebiosa,
A przez niebo płynie wielka rzeka,
A tą rzeką, pamiętasz z daleka,
Płyną białe ogromne okręta...
Syn:
Pamiętam.
Matka:
Tam za murem jest ogród irysów,
Liście srebrne a płatki z jaspisu.
Biały tytoń, co pachnie o zmierzchu,
Gdy się idzie wieczorem tą ścieżką,
A w dzień trawa tam pachnie i mięta...
Syn:
Pamiętam.
Matka:
A pod drzewem wśród kwiatów jabłoni
Stoją: Zofia, Tadeusz, Antoni.
Mają białe niedzielne ubrania,
A na bryczce Jarosław i Hania,
A wśród nich ja stoję uśmiechnięta,
Czy pamiętasz synu?
Syn:
Nie pamiętam.
Chociaż czasem ze snu mnie obudzi
Cień i obraz osłabły jak echo,
Nie pamiętam już twarzy i ludzi,
Nie pamiętam twojego uśmiechu.
Mów mi matko o drzewach i krzakach,
Tam za murem szumiących, za bramą,
Mów o gwiazdach, kamieniach i ptakach
Lecz o ludziach już nie mów mamo.
Matka:
Tam za murem jest droga i szosa,
Która prosto prowadzi w niebiosa,
A przez niebo płynie wielka rzeka,
A tą rzeką, pamiętasz z daleka,
Płyną białe ogromne okręta...
Syn:
Pamiętam.
Matka:
Tam za murem jest ogród irysów,
Liście srebrne a płatki z jaspisu.
Biały tytoń, co pachnie o zmierzchu,
Gdy się idzie wieczorem tą ścieżką,
A w dzień trawa tam pachnie i mięta...
Syn:
Pamiętam.
Matka:
A pod drzewem wśród kwiatów jabłoni
Stoją: Zofia, Tadeusz, Antoni.
Mają białe niedzielne ubrania,
A na bryczce Jarosław i Hania,
A wśród nich ja stoję uśmiechnięta,
Czy pamiętasz synu?
Syn:
Nie pamiętam.
Chociaż czasem ze snu mnie obudzi
Cień i obraz osłabły jak echo,
Nie pamiętam już twarzy i ludzi,
Nie pamiętam twojego uśmiechu.
Mów mi matko o drzewach i krzakach,
Tam za murem szumiących, za bramą,
Mów o gwiazdach, kamieniach i ptakach
Lecz o ludziach już nie mów mamo.
J. Szczepański „Czerwona zaraza”
Czekamy ciebie, czerwona zarazo,
byś wybawiła nas od czarnej śmierci,
byś nam Kraj przedtem rozdarłwszy na ćwierci,
była zbawieniem witanym z odrazą.
Czekamy ciebie, ty potęgo tłumu
zbydlęciałego pod twych rządów knutem
czekamy ciebie, byś nas zgniotła butem
swego zalewu i haseł poszumu.
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu,
morderco krwawy tłumu naszych braci,
czekamy ciebie, nie żeby zapłacić,
lecz chlebem witać na rodzinnym progu.
Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco,
jakiej ci śmierci życzymy w podzięce
i jak bezsilnie zaciskamy ręce
pomocy prosząc, podstępny oprawco.
Żebyś ty wiedział dziadów naszych kacie,
sybirskich więzień ponura legendo,
jak twoją dobroć wszyscy kląć tu będą,
wszyscy Słowianie, wszyscy twoi bracia
Żebyś ty wiedział, jak to strasznie boli
nas, dzieci Wielkiej, Niepodległej, Świętej
skuwać w kajdany łaski twej przeklętej,
cuchnącej jarzmem wiekowej niewoli.
Legła twa armia zwycięska, czerwona
u stóp łun jasnych płonącej Warszawy
i ścierwią duszę syci bólem krwawym
garstki szaleńców, co na gruzach kona.
Miesiąc już mija od Powstania chwili,
łudzisz nas dział swoich łomotem,
wiedząc, jak znowu będzie strasznie potem
powiedzieć sobie, że z nas znów zakpili.
Czekamy ciebie, nie dla nas, żołnierzy,
dla naszych rannych - mamy ich tysiące,
i dzieci są tu i matki karmiące,
i po piwnicach zaraza się szerzy.
Czekamy ciebie - ty zwlekasz i zwlekasz,
ty się nas boisz, i my wiemy o tym.
Chcesz, byśmy legli tu wszyscy pokotem,
naszej zagłady pod Warszawą czekasz.
Nic nam nie robisz - masz prawo wybierać,
możesz nam pomóc, możesz nas wybawić
lub czekać dalej i śmierci zostawić...
śmierć nie jest straszna, umiemy umierać.
Ale wiedz o tym, że z naszej mogiły
Nowa się Polska - zwycięska narodzi.
I po tej ziemi ty nie będziesz chodzić
czerwony władco rozbestwionej siły.
byś wybawiła nas od czarnej śmierci,
byś nam Kraj przedtem rozdarłwszy na ćwierci,
była zbawieniem witanym z odrazą.
Czekamy ciebie, ty potęgo tłumu
zbydlęciałego pod twych rządów knutem
czekamy ciebie, byś nas zgniotła butem
swego zalewu i haseł poszumu.
Czekamy ciebie, ty odwieczny wrogu,
morderco krwawy tłumu naszych braci,
czekamy ciebie, nie żeby zapłacić,
lecz chlebem witać na rodzinnym progu.
Żebyś ty wiedział nienawistny zbawco,
jakiej ci śmierci życzymy w podzięce
i jak bezsilnie zaciskamy ręce
pomocy prosząc, podstępny oprawco.
Żebyś ty wiedział dziadów naszych kacie,
sybirskich więzień ponura legendo,
jak twoją dobroć wszyscy kląć tu będą,
wszyscy Słowianie, wszyscy twoi bracia
Żebyś ty wiedział, jak to strasznie boli
nas, dzieci Wielkiej, Niepodległej, Świętej
skuwać w kajdany łaski twej przeklętej,
cuchnącej jarzmem wiekowej niewoli.
Legła twa armia zwycięska, czerwona
u stóp łun jasnych płonącej Warszawy
i ścierwią duszę syci bólem krwawym
garstki szaleńców, co na gruzach kona.
Miesiąc już mija od Powstania chwili,
łudzisz nas dział swoich łomotem,
wiedząc, jak znowu będzie strasznie potem
powiedzieć sobie, że z nas znów zakpili.
Czekamy ciebie, nie dla nas, żołnierzy,
dla naszych rannych - mamy ich tysiące,
i dzieci są tu i matki karmiące,
i po piwnicach zaraza się szerzy.
Czekamy ciebie - ty zwlekasz i zwlekasz,
ty się nas boisz, i my wiemy o tym.
Chcesz, byśmy legli tu wszyscy pokotem,
naszej zagłady pod Warszawą czekasz.
Nic nam nie robisz - masz prawo wybierać,
możesz nam pomóc, możesz nas wybawić
lub czekać dalej i śmierci zostawić...
śmierć nie jest straszna, umiemy umierać.
Ale wiedz o tym, że z naszej mogiły
Nowa się Polska - zwycięska narodzi.
I po tej ziemi ty nie będziesz chodzić
czerwony władco rozbestwionej siły.
Subskrybuj:
Posty (Atom)